Narzędzia do jednoczesnego publikowania – za i przeciw

Jakiś czas temu na moim fanpage’u zamieściłam grafikę, na której podawałam, z jakich narzędzi można skorzystać, aby móc publikować automatycznie w różnych serwisach społecznościowych, gdyż to pytanie bardzo często pada z Waszych ust. Chwilę później otworzyłam panel dyskusyjny, którego tematem były narzędzia do jednoczesnego publikowania – za i przeciw takim rozwiązaniom. Zachęcałam Was do wypowiadania się na ten temat, bo ciekawa byłam, jakie macie doświadczenia w tym aspekcie. Zapowiedziałam też publikację, która będzie bazowała na Waszych wypowiedziach. Voilà!

automatyzacja publikacji

Zacznijmy od początku

Ci, którzy prowadzą kilka kanałów społecznościowych swoich marek, a jednocześnie cierpią na brak czasu starają się jak najbardziej zautomatyzować swoje działania, by jednym kliknięciem móc zamieścić wszystkie swoje treści. Pierwszym serwisem, który to umożliwiał był Hootsuite, który powstał w 2008 roku. Potem powstawały kolejne, m.in. te, o których wspominałam na w.w. grafice. Na początku umożliwiały one planowanie postów w ramach jednego social medium, później natomiast rozszerzyły swoje funkcje.

Narzędzia do jednoczesnego publikowania – za i przeciw :

Pomówmy o plusach

Jest ich całkiem sporo i są dość mocne.

Pierwszy z nich to, oczywiście, oszczędność czasu. Kwestia tego, że nie trzeba wchodzić osobno na każdy kanał, tylko jednym kliknięciem publikujemy wszystko na raz, bardzo usprawnia nam pracę. Dla osób, które prowadzą małe działalności, funkcja ta może być pomocna, ale naprawdę docenią ją dopiero ci, którzy zarządzają wieloma profilami dużych marek, np. oddziałami banków, gdzie  informacja o jakiejś konkretnej akcji musi być udostępniona na czasem kilkudziesięciu fanpage’ach.

narz2

Drugi to taki, że w tego typu serwisach masz dostęp do wielu informacji o profilach, przede wszystkim mówię tutaj o statystykach, które są zebrane w jednym miejscu.

Trzecia rzecz, to to, że np. NapoleonCat dzięki swojemu InBoxowi umożliwia odczytywanie w jednym miejscu wszystkich wiadomości, które przychodzą na różne konta społecznościowe.

Kolejna kwestia to fakt, że jeśli masz zwyczaj planowania postów, to być może zdajesz sobie sprawę, że to może minimalnie negatywnie wpłynąć na zasięgi. Jeśli planujesz posty w serwisach zewnętrznych, takie zagrożenie znika lub jest bardzo niewielkie*.

*) Tak naprawdę kwestia tych zmniejszonych zasięgów jest kwestią bardzo sporną. Niejednokrotnie natykałam się na takie opinie, lecz są także totalnie przeciwne, mówiące, że ta teoria to bzdura, gdyż Facebook nie dodawałby jakiejś funkcji, która działa niekorzystnie dla własnych użytkowników. Dlatego uważam, że każdy sam powinien tę tezę sprawdzić poprzez testy.

A teraz minusy

Pierwszy minus – te same treści na wszystkich kanałach? Bez sensu! Kto chce oglądać wszędzie to samo?

Okazuje się jednak, że odpowiedź nie jest wcale taka oczywista. Z jednej strony panuje przekonanie, że kopiowanie contentu miedzy serwisami jest kiepskie, bo jak klient obserwuje markę, to chce widzieć unikalne treści. Z drugiej jednak strony… marki tak robią i czują się dobrze! Sprawdź choćby Nike – jego treści na Facebooku są takie same na Instagramie. I nikt się o to nie obraża. Ale tak na poważnie – dlaczego nie? Bo najczęściej jest tak, że fani obserwują markę tylko w jednym kanale. I w większości te grupy odbiorców się nie pokrywają!

Ja sama doświadczam tego bardzo często, gdyż np. moi obserwujący na Insta  często nie obserwują mnie na moim fanpage’u Wizerunek w social media, bo wolą oglądać spontaniczne wrzutki niż dopracowane materiały ;). Oczywiście staram się przekierowywać ruch, dlatego, że mimo wszystko z poziomu Instagrama nie jesteśmy w stanie np. obejrzeć Facebook live’a, który według mnie stanowi jedną z moich największych wartości, które daję moim obserwatorom. Ale powiedzmy sobie szczerze – nie spędzam godzin na głowieniu się, co wrzucić na różne kanały, aby content się nie powtarzał.

Drugi minus – nie każda treść pasuje do konkretnego medium, nie każdą treść da się wszędzie zamieścić.

No jasne, że tak. Jeśli ktoś wpycha swoje publikacje na oślep, jak leci, to oznacza jedynie, że nie ma żadnej strategii i nie przygotował się do działań promocyjnych, tylko działa w desperacji, po omacku. Każde medium ma swoją specyfikę, dlatego nie wyjdę z jakimś lolcontentem na LinkedIn (co ludzie niestety często robią, a rzecz, która mnie przeraża najbardziej, to to, że jest mnóstwo osób, która to lajkuje!), ani, prowadząc jakiś profil modowy, nie będę próbowała wrzucać pięknych, wystylizowanych zdjęć blogerek na Twittera, bo zaleje mnie fala hejtu w stylu „Wynocha na Instagram”… Tak (nie)stety zwykle to wygląda (żałuję, że nie na LinkedIn, bo tu akurat by się przydało).

narz3

narz1

Trzeci minus – zwykle takie programy kosztują. I to wcale nie mało.

Biorąc to pod uwagę, warto przeliczyć sobie, czy czas zaoszczędzony na kopiowaniu treści, sprawdzaniu skrzynek i statystyk wchodząc na różne kanały moglibyśmy poświęcić na coś, co przyniosłoby nam realne dochody i przewyższyło kwotę, jaką należałoby wydać na takie narzędzie. Są też darmowe pakiety – wspomniany Hootsuit ma taki, lecz jest on dość mocno ograniczony.

Jakie są Twoje doświadczenia?

Pytam serio. Chętnie się dowiem, co sądzisz o tych programach. Jeśli używałeś – to jakich i czy dopisałbyś coś do powyższej listy plusów i minusów. Jeśli dodasz coś ciekawego, to dopiszę to do artykułu (z oznaczeniem Ciebie jako autora, oczywiście!)

A tymczasem – zapraszam do obserwowania mojego Instagrama, nick: amwisniewska