Zbiórka makulatury czy nawiązywanie relacji? Networking.

Scena pierwsza.

Trwają zapisy przed konferencją. Około 30 osób gromadzi się przed salą, drugie tyle rozsiadło się w najlepszych miejscach na sali – co by nikt im krzesełka nie zajął. Przed salą dzieją się jakieś dziwne rzeczy – widzę grupki osób, wśród których jak w obłędzie przelatują jacyś ludzie rozdając swoje wizytówki na prawo i lewo, wciskając je komu popadnie. Kilku z nich decyduje się nawet wejść na salę i zrobić to samo z siedzącymi. Reakcje są różne – od mechanicznego przyjęcia wizytówki, zgięcia w połowie i wsadzenia do kieszeni, poprzez chwilę zastanowienia, przeczytania wizytówki (część nawet chciałaby zadać jakieś pytanie, ale nie ma możliwości, bo tamten już poleciał dalej), po grymas niechęci na twarzy i odmówienie przyjęcia kartonika. Przypatrując się z boku można odnieść wrażenie, że trwa jakiś konkurs – kto szybciej pozbędzie się swoich wizytówek.

 

Scena druga.

Zapisy na konferencję trwają. Sześćdziesięciu uczestników gromadzi się przed salą. Widzę małe grupki, w których toczą się żywiołowe dyskusje, padają pytania, odpowiedzi. Co chwilę ktoś dołącza do grupki lub przechodzi do innej, rozmawia, wymienia się wizytówką – gdy zostanie o nią poproszony. Nikt niczego nie wciska ani nie zanudza historią chorób przebytych czy przypadkiem kiepskiej teściowej. Każdy opowiada o sobie 3-4 zdania konkretów – faktów, które pozwalają się dowiedzieć, czym zajmuje się ta osoba, w czym może pomóc i jakiej pomocy potrzebuje. Nie ma żadnych ofert! Dobrze nam idzie rozmowa? Wymieńmy się wizytówkami, skontaktujemy się jutro!

Która scena jest Wam bliższa?

Ja miałam na tyle szczęścia, że ta druga. Ale wiem, że należę do mniejszości, a ten netłorking kojarzy się zazwyczaj z polowaniem na klienta, a nie z możliwością nawiązania świetnych relacji i pozyskania potencjalnych kontaktów biznesowych.

A gdyby tak spojrzeć na networking z nieco innej perspektywy? Z perspektywy dobrego wychowania, savoir-vivre’u, zwykłej grzeczności? Tak jak tutaj:

Pani, pełniąc rolę gospodarza, przedstawia Hansa Klossa Księciu. Czyni to lekko, ze spokojem, wymieniając najważniejsze informacje, jakie mogą być przydatne obu panom. Czy widzimy tu szaleńczy wyścig, chęć wciśnięcia czegoś komuś? Nie. I tak powinien wyglądać prawdziwy networking.

Skuteczny networking jest wynikiem głębokich relacji i więzi, nie ilości wizytówek.

~ Iwona Bartczak

Więc jak to jest z tym networkingiem? Myślę, że to zależy, gdzie po raz pierwszy każdy z nas zetknął się z tym pojęciem. Tak jak mówiłam – miałam wielkie szczęście, gdyż wybierając się na pewną konferencję dostałam uprzednio maila z porządną instrukcją, która wyglądała mniej więcej tak:

Na 30 minut przed konferencją odbędzie się networking. Ma on na celu nawiązanie relacji i zdobycie nowych kontaktów biznesowych. Polega na tym, że uczestnicy stoją w 4-5 osobowych grupkach, wymieniają informacjami kim są i co robią, wymieniają wizytówkami i przechodzą do innej grupki. Prezentacja siebie powinna trwać około minuty i nie wolno niczego sprzedawać. Proszę przynieść tyle wizytówek, ile samemu chciałoby się otrzymać. I pamiętać o uśmiechu! Networking będzie prowadzony przez networkera, który ułatwi przełamanie pierwszych lodów.

W efekcie sama otrzymałam około 40 wizytówek, w większości od osób, którzy odpowiadali mi biznesowym profilem.

 

Jeżeli natomiast ktoś wybrał się na konferencję, gdzie pod hasłem „networking” w agendzie kryły się np.:

  1. zapisy i pozostawienie gości samych sobie (dlatego – w efekcie – większość z nich zajmuje miejsca zamiast poznawać nowych ludzi),
  2. catering, który był dostępny podczas wszystkich przerw i odciągał uczestników od rozmawiania,

a także organizatorzy nie zadali sobie trudu (bądź po prostu sami nie wiedzieli), aby wyjaśnić, na czym networking polega, przez co został on sprowadzony do krótkiego wejdź – rozdaj wizytówki – weź wizytówki – wyjdź,

to wcale nie dziwi później, że zamiast wpaść w wir rozmów, ten ktoś woli zająć sobie miejsce siedzące lub po prostu przyjść nieco później.

W tym kontekście świetnie pasuje tutaj stwierdzenie, jakiego do opisania networkingu użył Ireneusz Osiński, networker, współtwórca podcastów Dealerzy Biznesu, mój znajomy, od którego uczyłam się idei networkingu i wielokrotnie wraz z nim ów networking prowadziłam.

Według jego słów, [prawdziwy] networking jest jak yeti – wszyscy o nim słyszeli, ale nikt nie widział. Jeśli popatrzymy na to, jak wyglądają przeciętne sesje networkingowe w naszym otoczeniu, to jest w tych słowach sporo prawdy. Ten termin obija nam się o uszy niemal co chwilkę – jest modny, zaraz koło personal brandingu i coachingu. Ale ile z tych sesji jest prawdziwym networkingiem, z dobrze nawiązanymi relacjami, z satysfakcjonującymi i dającymi profity (w obie strony!) kontaktami? Wciąż za mało, ale aby to zmienić, musimy docierać z wiedzą do coraz większej ilości osób. Może się to zadziać albo poprzez trzymanie się zasad networkingu, dzięki czemu inni uczą się od nas, albo poprzez uczestnictwo w eventach, gdzie prowadzony jest profesjonalny networking. Jeżeli temat zainteresuje nas nieco bardziej, dostępnych jest sporo publikacji mówiących o tym terminie. Z rodzimego rynku polecam książkę Beaty Kapcewicz – Networking w karierze. Jak odnieść sukces dzięki kontaktom, a także książkę, której autorami są: założyciel BNI Polska – Grzegorz Turniak oraz ambasador tejże organizacji – Witold Antosiewicz; zatytułowanej Praktyczny poradnik networkingu. Zbuduj sieć trwałych kontaktów biznesowych.

 

A jakie są Twoje doświadczenia z networkingiem? Podziel się w komentarzach!